Łódzka Krwawa Pętla bez supportu

Prolog

Pomysł aby pobiec czerwonym szlakiem okrężnym dookoła Łodzi chodził mi po głowie od dłuższego czasu. W ubiegłym roku we współpracy AGB Torfy, Koroną Pabianice i Łódż Running Team pobiegliśmy ten szlak na trzy raty. Na trzy raty łatwo, ale zrobić to na raz to niezłe wyzwanie. Szczególnie, że brak wiarygodnych informacji co do długości szlaku. Oficjalne źródła mówiły o 178 km a niektórzy rowerzyści twierdzili, że liczy on ponad 200 km. Pytanie komu dać wiarę. No i najważniejsze, nie ma nigdzie wzmianki aby ktoś to zrobił jednym ciągiem przed nami. Możemy się poczuć jak odkrywcy, pionierzy, możemy wyznaczyć nowe standardy i tej chwały nikt nam nie odbierze J

Aby nie było łatwo podjęliśmy decyzję, że będzie to kwintesencja ultrabiegania. Lecimy bez suportu, żywimy i poimy się tylko tym co mamy na plecach albo tym co kupimy w sklepach. Jedyne wsparcie jakie dopuszczamy to wspólne bieganie z przyjaciółmi, którym się nudzi i chcą nam dotrzymać towarzystwa.

Do startu nie szykowaliśmy się zbyt mocno, Ja (Piotrek Mikulski) walczący z problemami z zatokami i Maciej Krupiński, bob budowniczy więcej czasu spędzający na klejeniu płytek, kładzeniu gładzi czy skręcaniu szafek niż na treningach. Niby głupie, ale słowo się rzekło, poszło wydarzenie na FB a ludzie podchwycili. Trzeba biec!

Start

Start zaplanowaliśmy na godzinę 0.00 w sobotę 08.12.2017 z rynku w Aleksandrowie Łódzkim. Jest to dla Nas dość kultowe miejsce, z którego startuje lub na którym kończymy wiele biegów towarzyskich.

25152016_1544507208965759_6708633617005601471_n

Oprócz zawodników Piotra i Maćka na starcie zebrała się całkiem pokaźna grupa osób zarówno wspierających nas wystrzałem startera jak dość duża ekipa, która zamierza zacząć z nami bieg aby stopniowo Nas  po drodze opuszczać.

Aby ułatwić śledzenie naszych postępów mam wgraną aplikację One touch location, która co 10 minut aktualizuje Naszą pozycję. Ponieważ jest dość bateriożerna mam ze sobą 2 powerbanki, przecież kolejni ludzie którzy chcą z nami pobiec musza wiedzieć gdzie jesteśmy J

Pierwsza noc – etap Aleksandrów Łódzki – Nowosolna

3, 2, 1 – START i lecimy. Kierunek biegu zgodnie ze wskazówkami zegara, początkowo na północ później odkręcamy na wschód. Spokojnie, prosimy chłopaków aby nie kręcili tempa bo mamy koło 180 km i nie chcemy się zajechać na początku. Początkowo są grzeczni, ale tylko do czasu.

Pierwsze kilometry w Aleksie a później wpadamy do dużego kompleksu leśnego, który ciągnie się daleko aż za Zgierz. Na 10 km dobiegamy do bohaterki Biegu Mikołajkowego, kultowej „ściany płaczu” – 2 km podbiegu, może niezbyt ostrego ale strasznie upierdliwego. Na końcu ściany pierwsze pożegnanie, do domu skręcają Witek, Darek i Łukasz – nasi lokalni przyjaciele. Są uściski, kopniaki na drogę i umawiamy się, że widzimy się na mecie. Zostaliśmy w czwórkę my dwaj wariaci oraz Michał i Paweł. Mocni zawodnicy, szybcy i wściekli na dodatek.

Napieramy dalej i zaczynamy spotykać dwie rzeczy, które nie opuszczą nas a do mety: wycinkę drzew – taką, że o mało nie pomyliłem drogi którą biegałem tam ze sto razy i rozjeżdżone przez ciężki sprzęt błoto. Trochę żal jak zaczynają wyglądać nasze lasy. Hańba Panie Szyszko, Hańba!!!

Zaczyna się dziać to czego najbardziej się bałem, zaczynamy przyspieszać, tempo rzadko dotyka założonych 6 min/km, czemu w sumie się dziwie skoro na początek lecą z Nami szybsi znacznie od Nas kozacy. K-my nabijamy systematycznie, skończyła się znajomość terenu i szlaku, więc trzeba skupić się na szukaniu na drzewach flagi „ŁKS-u”. Im dalej tym oznaczenia słabsze, aż w końcu przed skrzyżowaniem z DK91 gubimy szlak i musimy dokonać korekty. ACHTUNG trzeba się skupić.

Dalej czujniejści przebiegamy pod autostradą A2, a ja sobie przypominam jak biegłem tą drogą 2 lata temu podczas zwycięskiej Setki po łódzku. Co prawda w odwrotną stronę ale zawsze coś 🙂 Nie jest źle wiem gdzie jestem 🙂 W Cyprianowie dogania nas nieznajomy biegacz, który wystartował samotnie z Rosanowa i spóźnił się na spotkanie naszej ferajny. Jakim trzeba być świrem, żeby w nocy śledzić kropkę w lesie i wybiec jej na spotkanie po 3.00 żeby biegać kolejne kilka godzin. Szacunek kolego.

Mam słabszy moment bo zaczyna odzywać się prawa kostka, moja bolączka i pozostałość październikowej Łemkowyny. Skręcenie kłuje coraz mocniej, a w głowie kołacze, niech zacznie boleć coś innego to kostka przejdzie sama. Później faktycznie przeszła ale nie wiem, gdzie ani kiedy. Po raz kolejny zaprzyjaźniłem się z bólem i był ze mną już do samego końca.

Dalej wpadamy w las dotknięty sierpniowymi wichurami, niby uprzątnięte ale jakoś tak nie do końca i obraz lekko depresyjny. Jak nie Szyszko to wiatr, nie wiadomo co lub kto gorszy 🙁

Kończą się lasy, zaczyna się cywilizacja i pola. O ile w lesie było miło i ciepło, to na polach wieje jak diabli, nie ma lipy trzeba się ruszać. Kilka minut po 5 rano szok: napotykamy na wsi otwarty sklep, o mamo kto o tej godzinie robi na wsi zakupy? Pani zdziwiona nie bardziej niż my chwilę z nami rozmawia dziwiąc się co wyprawiamy. Kilka km-ów dalej przybiegamy pod klasztor w Łagiewnikach, na liczniku 6 godzin i 52 km. Kolega z Rosanowa wraca biegiem do domu, a my zaczynamy zagłębiać się w największy miejski kompleks leśny Las Łagiewnicki. Widać ślady wichur ale po cichu liczymy, że będzie z grubsza sprzątnięte. Nic bardziej mylnego, szlak czerwony leci przez środek lasu a tam nikt myślał posprzątać wiatrołomów. Obchodzimy naokoło i gubimy ścieżkę. Nie myślałem, że kompas się przyda. Wyciągam w końcu telefon z wgranym trackiem i powoli namierzamy szlak, nie jest to łatwe, bo jak miniesz dwa wywrócone drzewa to pojawia się trzecie i tak bez końca. A nogi już nie takie świeże i skicanie przez przeszkody nie jest mile widziane. W końcu nie miał to być Runmageddon. Efekt w plecy 40 minut, będzie obsuwa, trudno.

Po minięciu wiatrołomów dobiegamy do granicy lasu, zaczyna świtać. Przemieszczamy się w kierunku ul. Wycieczkowej gdzie mamy się rozstać z chłopakami. Kilka fotek, selfiaki, uściski i papa. Chłopaki biegiem wracają do domu a my zostajemy sami. Kierunek Nowosolna. Ten kawałek dość nudny, zabudowa jednorodzinna, przedmieścia Łodzi, ganiający mnie pies, normalnie. Mamy obsuwę, dzwoni telefon i jesteśmy „opieprzeni” gdzie jesteśmy. Bo oni w Nowosolnej na nas czekają! Kurczę takiej „motywacji” nam potrzeba.

Na ostatniej prostej do Nowosolnej zatrzymuje się samochód i kierowca pyta czy nas podwieźć, oczywiście dziękuję i dałem się zrobić w jajo. Bo kierowcą jest mąż Ani, która razem z Darkiem ma z nami napierać kolejne kilometry. Dobiegamy wspólnie do ośmioramiennego skrzyżowania w kształcie gwiazdy, na zegarze 67 km i ponad 8 godzin napierania. Rozglądamy się gdzie można zjeść i wypić coś ciepłego. O, jest Żabka a w niej ja biorę ciepłą kawę i hot-doga a Maciek herbatę i pączka. Jak się cieszę, że jem coś innego niż słodkie, hot-dog z majonezem mój nowy przysmak na ultra.

Dzień – etap Nowosolna – Pabianice

Szybko się uwijamy bo robi się Nam zimno i lecimy w kierunku Wiączynia. Nogi już nie podają tak jak wcześniej, zrobiły się takie jakby drewniane. Ból taki jakby głuchy, stopy zaczynają doskwierać ogólnie zaczyna być nieciekawie, w szczególności na chodniku i asfalcie.

Dalej skręcamy na pole i kierujemy się do Lasu Wiączyńskiego – to był ostatni fajny kawałek biegania w tym etapie. Później zaczyna się monotonne uklepywanie asfaltu i przegląd podłódzkich wsi. Jak nie przez wieś, to przez pole, a jak jest las to tylko chwilkę. Nogi jakby cięższe, głowy też już nie takie świeże. Dobrze że Ania to gaduła, dzięki temu czas szybciej płynie.

Ja wziąłem stare jak świat Inov-8 x-talony 212 (sezon 2014, 4.000 km przebiegu), szczerbate jak 99-letni dziadek ale za to mam w nich dwie pary wkładek. Amortyzacja prawie jak w Hokach 🙂 Niestety moje stopy na asfalcie zbierają niezły łomot, ale wiedziałem że tak będzie więc wybrałem kompromis. Trochę trakcji na etap I i III i trochę amortyzacji na etap II. W Bedoniu szlak przechodzi pod torami, gdzie płynie dość wartki strumyk głęboki trochę za kostki. Ja wchodzę do wody i czekam jak reszta ekipy przejdzie torami nad rzeczką, to jest 5 minut dla moich stóp, co za ulga. Moje stopy płaczą: czemu oni już są? My chcemy jeszcze! Wszystko co piękne szybko się kończy. Ania pyta się czy nie boję się obtarć, więc tłumaczę jak dużo Sudocremu użyłem i że nic mi nie grozi.

Lecimy dalej, tempo niestety zaczyna spadać. Zaczynamy żałować szybkiego początku, mówi się trudno nie umieliśmy zachować się asertywnie to teraz cierpimy. Dobijamy do 90 km, to już połówka wiec zaraz zacznie być bliżej jak dalej 🙂

Klepiemy dalej a tu niespodzianka, przy jakimś wysypisku czy też śmietniku czeka Mariusz z żoną. Chcą Nas wyposażyć w banany, sezamki itp. Mówimy nie bo to jest suport, zabronione. Nalegają mimo to a my niewzruszeni. Zresztą mamy tyle żarcia, że spokojnie starczy. Następuje podmianka, w miejsce Darka wskakuje Mario i powolutku napieramy dalej. Dobiegamy do sklepu a tu czeka na Nas niespodzianka – zamknięty 3 minuty temu. Niezrażeni łapiemy kabanosa z plecaka i napieramy do kolejnego sklepu. Tam Maciek kupuje pączka z toffi. Mniam chciałoby się powiedzieć.

W okolicach 100 km w miejscowości Bronisin Ania z Mariuszem skręcają do Łodzi a my zostajemy sami. Zaczynamy napierać w układzie 800m biegu 200m marszu. Trzymamy tempo i kilometry uciekają. 5 km przed Tuszynem z naprzeciwka wyjeżdża do Nas zawiadomiony przez Anię kolega na rowerze, który nie opuszcza Nas do Pabianic i zapewnia nam oświetlenie na ruchliwych drogach. Zagaduje, tempo bez zmian a w Tuszynie niespodzianka. Czeka na Nas nie kto inny jak Maciej, szerzej zwany Pan Jagoda. Mistrz Polski Masters na 3.000 m i jedyny w okolicy certyfikowany trener metody POSE autorstwa Dr-a Romanova. Maciek jest wulkanem pozytywnej energii więc zapowiada się ciekawie. Witam go słowami „ale jestem k…a wyje…ny”. Chyba nie był to mój czas. Dzisiaj jak rozmawialiśmy ponoć nie wyglądałem za ciekawie.

Jeszcze w Tuszynie atakuje Nas wiejski burek, którego Jagoda pogonił tak, że tamten nie nadążał przebierać łapkami. Zrobiło się chwilę śmiesznie.

Mijamy Tuszyn, kończą się asfalty a zaczyna się las i pole. Szlaku nie widać kilka razy błądzimy. A na dodatek zbliża się ciemność a zimno staje coraz bardziej odczuwalne. Zjadamy z Maćkiem na pół pączka z toffi, nie zapowiada to dalszych ekscesów. Co miało nadejść nadeszło, kilka km dalej zaczyna łapać mnie kolka a pączek o sobie przypomina co krok. Mówię sobie: nigdy więcej nie tknę pączka z toffi! Ci, którzy mnie znają długo wiedzą że mam dwie cukiernicze miłości: bajaderki i właśnie pączki z toffi. A mimo to się go wyrzekłem – na razie jestem konsekwentny. Niestety muszę częściej przechodzić do marszu, niedobrze. Wrzucam Isogel HIGH5 Extreme, podwójna kofeina powinna mi pomóc. Z trudem utrzymuję treść żołądkową ale łatwo się nie poddam. Ma się przyswoić, koniec i kropka! Jestem twardy zawodnik i i wytrzymam.

Za Tuszynkiem zaczyna się Rezerwat Molenda, droga do Pabianic staje przed nami otworem. Jest ciemno a z naprzeciwka mryga czołówka, kto to, czy to już zwidy? Nie to nadbiega Krebsik – Pabianajs Runner. Jego żółte Altry są jeszcze żółte, ale nie uprzedzajmy faktów…

Mamy na pokładzie kwiat pabianickich blogerów biegowych, gęby im się nie zamykają to i morale idzie w górę. Przebiegamy nad S8, idzie transmisja online na FB, a na dole ciężarówka w rowie. Normalnie jak TVN24, prawie. Na dodatek śnieżek prószy, robi się miło. Jagoda w Sereczynie skręca do domu i wtedy do niego dociera czemu go pytałem o czołówkę. Jak biegł z nami nie była potrzebna ale jak się odłączył to wiele nie widzi – podobno dotarł do domu, takie chodzą słuchy.

Oczy mam już tak wywalone, że światła samochodów tak rażą, że za każdym razem jak kierowca odpali długie wyprowadzam z siebie soczyste twierdzenie o jego inteligencji czy też pochodzeniu.

Od Pabianic dzieli jeszcze tylko Las Miejski, którego oblicze Nas mocno zaskoczyło. Błoto, woda, połamane drzewa i tak do granic miasta. A na polu to istny potop. Altry Krebsika jakieś takie mniej żółte, szykuje się w domu mocna przepierka.

W mieście spotykamy kilka znajomych osób, które wyszły nam na spotkanie, jest nam miło ale nie ma czasu gadać. Daleka droga przed nami, jest coraz zimniej a do McDonalda jeszcze kilka kilometrów. Pojawiają się u mnie pierwsze zwidy, kobieta wyglądająca z okna w bloku, czy pies który okazuje się torebką foliową. Nie ćpałem, nie piłem a mam zwidy jak bo absyncie. Jak tak dalej pójdzie odetnę sobie ucho 🙂

25152267_1763397843962454_3653838668870790322_n

Wpadamy pod Maca a tam czekają na Nas: Piotrek, który z nami ma napierać do mety, dobrze bo to doświadczony ultras i dusza człowiek oraz Kamila, która specjalnie wyciągnęła dzieciaki na wycieczkę żeby Nas przywitać, super. Fotki wrzucają na fejsa, relacja online i zabawa na całego. Podobno w Kolumnie ma czekać na Nas Zbyszek, w większej grupie będzie raźniej.

Mamy na osi ponad 130 km i 18 godzin walki.

Maciek jest głodny jak koń zamawia powiększony zestaw, ciastko, herbatę, colę. Ja oszczędniej pączek jeszcze do mnie przemawia. Starczy BigMac i kubek ciepłej kawy. Od razu robi się lepiej na duszy, a w jelitach też jakby się układało.

Ciepło pomieszczenia zaczyna rozleniwiać więc wypowiadam kategoryczne stwierdzenie – prośbę: pojedzone to wyp…. Nie można złapać komfortu bo nie ruszymy. A na zewnątrz jakby zimniej się zrobiło, szczękam zębami i po 100 metrach lądujemy na Statoilu (sorry nie jest to Statoil ale nową nazwę mają tak głupią, że aż trudno spamiętać). Uzupełniamy picie, ja idę do toalety bo w Macu była na 1 piętrze, BTW co za osioł wymyślił toaletę na piętrze, ja niby miałem tam wejść??? Decyzja dokładamy kurtki bo piździ jak w kieleckim. Good idea, po wyjściu od razu lepiej wiatr nie przeszywa naszych Inov-8 Ultrashell.

Noc druga – etap Pabianice – Aleksandrów Łódzki (meta)

Powolutku staramy się rozruszać nogi. Brzuchy pełne, trochę trudno się ruszyć. Dodatkowo coraz mocniej pada śnieg – nie tak się umawialiśmy 🙂 Krebsik chwilkę nas holuje i zawraca do domu, dawno chyba tak wolno nie biegał.

Zostajemy w trójkę, gadka się klei. Piotrek opowiada nam o ketozie, w wielkim uproszczeniu diecie opartej na tłuszczach, kuloodpornej kawie, gadamy o mnichach, życiu, priorytetach. Czas mija szybko, dobijamy do Lasu Karolewskiego. W lesie pada coraz mocniej, na szczęście Piotrek zna go jak własną kieszeń, w październiku organizował tam Ultramaraton Leśna Doba, nowa impreza z super przyjęciem w środowisku biegowym 🙂

Las się kończy zaczyna się przygoda, przebijamy się pod S-ką, szlak leci inaczej niż na tracku, oj, oj co to będzie? A na polu wieje wmordewind i do tego sypie śnieg. Kurtki zapinamy jak Kenny z Southparku i napieramy. Czujni aby szlak nas nie oszukał. Jeśli tak się utrzyma powinno być ze 3 km krócej. Kończą się pola kończy się wiatr, las jest dla nas wybawieniem. Pojawiają się znaczki ścieżki biegowej w Kolumnie, po której jako AGB Torfy biegaliśmy na otwarciu w towarzystwie Tomka Karolaka, który wówczas wyglądał bardzo, ale to bardzo słabo 😉

Znowu zaczyna się teren, który znam. W Kolumnie dołącza do Nas Zbyszek, kolejna gaduła z Łódź Running Team. Powoli napieramy, choć morale naszej dwójki coraz gorsze. Mi pierdzieli się przed oczami, brakuje tyko żebym zobaczył w lesie lwa czy tygrysa. Czas leci szybko a drogi nie ubywa, chyba zagięliśmy czasoprzestrzeń. W końcu dobijamy do końca lasu i trzeba biec ścieżką przez pole, a zimno staje się niemiłosierne. Ja obrazuje sobie ciepły śpiworek do którego wejdę w domu i cieplej robi mi się na duszy. W lesie napieramy żwawiej, ale omamy się nasilają do tego zaczynają dopadać mnie sleepmonstery. Wiemy, że 21 km od mety czeka na Nas duża ekipa, jak coś nas poholują.

Chwilę przed spotkaniem Maciek ostentacyjne w słowach nie do przytoczenia oświadcza, że dalej nie idzie i boli go wszystko. Dobrze, że są chłopaki to jakoś się ogarnęliśmy. Jeszcze tylko chyc przez pole i wyskakuje z auta ekipa AGB Torfy. Są uściski wymiany „uprzejmości” my zatrzymujemy się tylko na sekundę i oświadczamy niech nas dogonią. Robią to szybciej niż później niestety. My napieramy tylko na psychice, nogi bolą, bolą plecy, bolą ręce itd. Tak to jest jak biegasz w miesiącu 130 km a na raz masz pobiec 180 🙂

Docieramy do Lutomierska, do całodobowego Orlenu gdzie wedle wcześniejszych fantazji mieliśmy z Maćkiem wypić piwko na pół. Nawet nie spojrzeliśmy w jego stronę…

Dalej na Kazimierz, jest pod górkę więc idziemy – na tym odcinku usnąłem 2 razy a obudził mnie kontakt stopy z krawężnikiem. Kurcze ale się wyspałem, kończmy to dudni mi w głowie.

Zaczyna mi przeszkadzać wolne tempo, chciałbym mieć to już za sobą, ja warczę biegnijmy, Maciek warczy jak mu się nie spodoba odpowiedź na pytanie ile jeszcze do końca. Współczuję tym co wstali w środku nocy aby nas wesprzeć. Zbyszek wcześniej zapytany po co to robi odpowiedział prosto: chciałem Wam okazać szacunek. Kur..a ale to miłe i prawdziwe. Dawno mi się tak ciepło nie zrobiło. Dzięki kolego.

Dodatkowo zaczynam czuć pieczenie w lewym Achillesie i to takie niemiłe, coś się chyba zapaliło 🙁 Jak zaczynam biec oszczędzając Achillesa to odczuwam mocniej ból stopy. Kurcze wytrzymaj mówię sobie, już naprawdę niedaleko. Mówię Tomkowi, że pies musiałby urwać mi nogę w biodrze  żebym tego nie skończył.

Zbliżamy się powoli do Rezerwatu Torfy, skąd wywodzi się grupa biegowa AGB, w której barwach z Maćkiem biegamy. Tu też mieści się szlaban, pod którym spotykają się co niedzielę ludkowie aby robić wspólne wybiegania.

24955798_1762221834080055_6713617039575785501_o

Naprzeciw wyjeżdża nam Kamil, dziennikarz Festiwalu Biegowego, już wiadomo że będziemy sławni J Dopinguje Nas mocno, bierze nas w krzyżowy ogień pytań a odpowiedzi wykorzysta później oczywiście bez autoryzacji J Między innymi tytuł jego artykułu „Generalnie brzydki szlak” to cytat z mojej wypowiedzi. Krótko i treściwie a co.

Wspólne zdjęcie przy szlabanie i 3 km do mety. Co Nas tam czeka? Wpadamy z Maćkiem a nasz przyjaciel Witek zadbał o szampana, ciepłe zapiekanki i ciepłe ciasteczka. Maciek zgubił dwie godziny, myślał że jest przed 3.00 a była już prawie 5.00.

Siadamy w saniach Mikołaja, które burmistrz Aleksa ustawił na święta, mamy siły tylko na zdjęcia i dwa słowa komentarza. Nic więcej.

25158193_1763399897295582_1345192636897730902_n

190 km tyle liczy szlak a czas jego pokonania to 28 godzin i 50 minut. Jesteśmy pierwsi, którzy tego dokonali bez suportu – tak się pisze historię 🙂

Posłowie

Kamil nas pyta: panowie zrobicie to ponownie? Odpowiadamy wspólnie: NIGDY!

Podziękowania

Chcielibyśmy podziękować:

– wszystkim tym, którzy nie spali i śledzili Naszą kropeczkę,

– wszystkim tym, którzy wsparli Nas na starcie, trasie czy mecie swoją obecności, dobrym słowem a czasem słowem prawdy. Jesteście nienormalni żeby w niedzielę czy sobotę zarywać noc i biegać z nami po lesie.

– wszystkich tych którzy nam kibicowali od początku i wierzyli, że to zrobimy

Bez was byśmy polegli.

Pedro (Autor) i Maciek (aktor pierwszoplanowy)

P.S. Spodobała Nam się rola celebrytów – rauty, spa, masaże. Człowiek coraz wyżej… niż …. Ma 🙂

Dzięki.

Zdjęcia pożyczone od ekipa AGB Torfy, Łódź Running Team oraz Kamil  – Festiwal Biegowy.

6… 6… 6… The number of the beast!

6 edycja Chudego Wawrzyńca organizowana była pod hasłem z tytułu. Zdanie zaczerpnięte jest z refrenu zarąbistego utworu Iron Maiden, który na stałe gości na mojej biegowej playliście. Ciekawe czy Krzysiek wiedział, że takie motto biegu może zapowiadać to co się działo na trasie?

W trakcie biegu przypomniały mi się słowa

„ In the night the fires are burning bright
The ritual has begun, Satan’s work is done”

Ale nie uprzedzajmy faktów…

Jeśli nie słyszeliście polecam : https://www.youtube.com/watch?v=7-iRf9AWoyE

Before the work.

Dni poprzedzające Chudego dały chyba wszystkim w kość, mega upały zapowiadały rzeźnię na trasie. W dniu przyjazdu termometr w aucie pokazywał bagatela +34. Taka pogoda nie jest dla mnie to wiem. Na szczęście prognozy na sobotę zapowiadały załamanie pogody, co osobiście przyjmowałem z wielkim zadowoleniem.

W bazie w Ujsołach o dziwo biuro zawodów obstawione przez ekipę z Łodzi. Fajnie spotkać znajome twarze. Ze zdziwieniem dowiaduję się, że mam przyznanego trackera – dzięki Tomek 🙂 Nie będzie można ściemniać, bo będę widoczny on-line. Nawet przerwy na toaletę trzeba będzie wytłumaczyć 😛

Odprawa techniczna bardzo zbliżona do imprez na orientację. Krzysiek z Magdą wyluzowani, żartujący, czuć rodzinną atmosferę. Nie ma napinki znanej z kilku innych imprez biegowych.

Odśpiewaliśmy sto lat dla pary zawodników, która zdecydowała się wziąć ślub w przeddzień startu, niesamowite jak sport potrafi zbliżać ludzi.

Krzysiek mówił, że na trasie jest sucho a na sobotę zapowiadane są lekkie opady deszczu. Wtedy zdecydowałem, że pobiegnę w lekko nadszarpniętych życiem x-talonach 225. But lekki i szybki, nie do końca dobry na duże błoto, bo jego pazury są już mocno stępione.

Wieczór zakończony pogaduchami ze znajomymi, małe piwko na sen, uszykowanie sprzętu i kładę się spać. W nocy na sali gimnastyczne było duszno, a sen mocno przerywany. O 2.30 zadzwonił budzik w momencie kiedy w końcu głęboko zasnąłem.

Start time

Busik zawozi nas na plac, na którym zgromadziło się już większość biegaczy. Widać nerwowe ruchy, niektórzy robią rozgrzewkę, inni stoją w kolejce do toalety a bardziej otwarci załatwiają swoje potrzeby w krzakach. Ja zaliczałem się do ostatniej grupy.

Jakie sobie stawiałem cele? Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po swoim przygotowaniu. Niby 3 tygodnie wcześniej biegałem 48 km po Karkonoszach i wyglądało to dobrze, ale tydzień później ugotowałem się na 30 km trasie IT-Orient. W weekend poprzedzający start mega alergia uniemożliwiająca ostatnie treningi. Wobec tego zdecydowałem się zacząć spokojnie, na odcinku asfaltowym maks. 4:50 min/km. Nie szybciej nawet jakbym odstawał, a później zobaczymy na pierwszej górce. Bycie w pierwszych 10% byłoby sukcesem, a historycznie trzeba było pobiec 86 km poniżej 11 godzin. Zobaczymy.

Parę minut po 4.00 ostatnie odliczanie i lecimy.

Jak tylko wybiegliśmy z miasteczka od razu na horyzoncie widoczne burzowe rozbłyski. W głowie kołacze że zapowiada się wesoła zabawa.

Night was black, was no use holding back

Burza numer 1 łapie nasz jeszcze na asfalcie, błysnęło, huknęło i przylało fest. Na szczęście było ciepło i podjąłem słuszną decyzję o zostawieniu kurtki w plecaku. Po pierwsze nie zmarnowałem czasu, a po drugie i tak byłem mokry. Deszcz nawet przyjemny, w butach chlupocze, dobrze że stopy dość grubo potraktowałem sudocremem. Przyzwyczajenie z biegania na orientacje, czasami się przyda, czasami nie. Ale warto smarować dla tego dnia kiedy się przydaje 🙂

Podbieg pod Rachowiec spokojnie, trudniejsze fragmenty szybkim marszem, wszystko idzie zgodnie z założeniami. Nie dałem się podpalić kijkarzom, wiem że na zbiegu jestem mocny i bez problemu odrobię  to co straciłem na podejściu. Najważniejsze to się nie zagotować. Po szczycie kawałek trawiastego zbiegu i pierwszy raz żałowałem że wziąłem stare buty. Mało co nie nakryłem się nogami co nie ukrywam trochę mnie na zbiegach usztywniło. Na pierwszym PK dobry czas niespełna 1:10. Jest lepiej niż Ok. Dalej łagodny asfaltowy zbieg, noga podaje, doganiam kijkarzy i zapowiada się dobry bieg.

Kolejny podbieg i burza numer 2. Nie jest już tak wesoło jak wcześniej. Wali gęsto i blisko. Momentami myślę czy aby na pewno to jest dobry pomysł. Na otwartej przestrzeni ogień ile fabryka dała, zbieg kamienisty a ja mam bardzo cienkie buty. Zaczynam czuć początek problemów z nogą, czyżby znowu to samo?

Kikuła i burza numer 3, jeszcze bardziej gwałtowna, a góra na dodatek wyższa. Znowu zwiewałem ze szczytu ile sił w nogach. To był moment, w którym poczułem że znowu odzywa się stary demon. Prawa stopa i ból rozcięgna. Kontuzja z która walczyłem rok wcześniej. Boli jak cholera a ja nawet nie mam tabletek. Każdy kamień na zbiegu czuję jakby ktoś mi wbijał nóż. Ja pier…. czemu dzisiaj. Straciłem swój największy atut szybkość na zbiegu, zacząłem uważać gdzie i jak stąpam przez co za zaczęły obrywać moje czworogłowe. Wtedy pojawia się myśl o wyborze trasy krótszej.

Hell and fire was spawned

Na Wielkiej Raczy bestia pokazała swoje oblicze, szczerze gacie miałem prawie pełne. Waliło tak, że włos się jeżył. Wtedy byłem pewien, że to co robimy jest najnormalniej w świecie głupie. Ludzie unikają burzy jak mogą, chowają się domu, samochodu, a co głupsi pod drzewo. My natomiast na własne życzenie biegniemy jeszcze grzmotom na spotkanie i to w górach po otwartej przestrzeni. Samobójcy.

Na zbiegu do Przegibka noga dokucza cholernie, zaczynam tracić tempo i dochodzą mnie zawodnicy z tyłu. Z jednej strony to fajnie, bo można z kimś zamienić choćby dwa słowa, z drugiej cierpi ambicja sportowa. Doświadczenie podpowiada, spokojnie rób swoje, może zaboli coś innego i wtedy rozcięgno zejdzie na dalszy plan.

Na przełęczy super żarcie. Arbuz, bułki słodkie i ciepła herbata – tego było mi trzeba. Z plecaka wyjmuję colę, która ląduje w miejsce jednego softlaska. Coś czuję, że będzie potrzebna. Dobrałem żeli do kieszeni, nadal wierzę w długą trasę.

Podejście na Rycerzową bez historii, robi się ślisko ale bez przesady. Kawałki zbiegu raczej wolno, bo podłoże wybitnie nieprzyjazne a stopa boli  przy każdym stąpnięciu. Na szczycie konsternacja. Chłopak z ekipy namawia na trasę długą, byłbym 11 na tę chwilę, z drugiej strony ponoć na krótkiej jest tylko zbieg (to nauczka na przyszłość, żeby zapoznać się z trasą). Po 5 minutach myślenia wybieram z rozsądku trasę krótką. A tam o dziwo po drodze jeszcze jedna góra – Muńcoł. Jakie wredne podejście! Trochę ostro do góry, później płasko i tak cztery razy. Już myślisz, że jesteś na szczycie, a tu jednak nie. Przeklinałem co mogłem, jakbym wiedział że jest ta góra po drodze pobiegłbym długą. Miało być spokojnie dotruchtane do mety a wyszło jeszcze sporo walki.

I ostatni zbieg. To już mega tragedia. Starałem się jak mogłem ale co chwila słyszę z tyłu zbliżające się kroki, puszczam szybszych zawodników niech lecą. Wolę cierpieć w samotności. Tabliczki z kilometrami pokazującymi ile zostało do mety to fajny pomysł, jednak końcowe odliczanie było jednak dla mnie jak oczekiwanie na egzekucję. W końcu wypadam na asfalt i pierwszy raz w życiu cieszę się, że mogę biec w trailówkach po twardym, równym podłożu. Tempo raczej znośne, na koniec lekko mylę drogę, przez co połyka mnie jeszcze jeden zawodnik 🙁

Wbieg przez śliski mostek i koniec. Na mecie wbiegających wita Magda, jest też Tomek i kilka znajomych twarzy, przybijają piątki, pytają jak się bawiłem, super atmosfera. Nawet nie jestem zmęczony. Niby 6:30 na 53 km w górach nie jest złe, ale z drugiej strony wiem, że mocy było na dużo lepszy wynik.
I’ll came back

Na koniec będzie lokowanie produktu. Dlaczego chcę tam wrócić?

Po pierwsze mam do policzenia się bestią.

Po drugie, jest to impreza organizowana z sercem, przez zawodników i dla zawodników. Wszystko na swoim miejscu, orgowie są obecni na mecie, witają zawodników, z każdym chętni pogadają. Niby komercyjnie a jednak inaczej, tak że chce się tu być. Ekipa Napieraja to naprawdę super ludzie i nie dziwię się, że jest tylu chętnych do startu.

Po trzecie nie żałuję braku medalu na mecie, wiem że te 10 zeta poszło dla dzieciaków 🙂 I to tez jest super.

Do zobaczenia za rok.

Pedro.

Rajd Dolnego Sanu 2017

Bardzo długo nie wiedziałem czy wystartuję w tegorocznym RDS-ie. Przyczyn było kilka, tydzień wcześniej biegłem w Zimowym Ultramaratonie Karkonowskim, musiałem tez do tego pomysłu przekonać moją żonę Asię, której za wyrozumiałość serdecznie dziękuję. W ostateczności na dwa dni przed jest decyzja jedziemy. Chciałem jechać na te zawody z kilku przyczyn. Po pierwsze Hubert organizuje je w bardzo rodzinnej atmosferze dzięki czemu wraca się naładowanym pozytywną energią. Po drugie z RDS-a mam same pozytywne wspomnienia, na tym rajdzie odnoszę największe sukcesy sportowe, co zawsze cieszy. A po trzecie tegoroczny RDS miał rangę Mistrzostw Polski w Maratonach na Orientację. Czy można chcieć czegoś więcej?

Na zawody zapisałem się w ostatniej chwili przez telefon do organizatora 🙂 Dzięki temu moi potencjalni rywale nie wiedzieli że będę . Osobiście nie widziałem nawet listy startowej, więc sam nie wiedziałem z kim przyjdzie się ścigać. Na miejscu spojrzałem na listę i jak to na MP kandydatów do pudła całe zatrzęsienie. Zapowiadała się ciekawa rywalizacja. W biurze zawodów giełda nazwisk, na szczęście moje nie miało wysokich notowań, to raczej dobrze.

Inaczej niż w latach poprzednich Hubert przy rejestracji nie wydawał mapy, bo takie są wymogi regulaminowe MP. Mapę wyda dopiero na odprawie o 23.30. Na szczęście chciał się podzielić informacjami na temat warunków pogodowych: jest mokro, na polach błoto i woda a do tego wieje. Prognoza wskazuje że od 23.00 zacznie padać i padać będzie aż do rana. Zapowiadała się cała noc w deszczu i zimnie, bosko.

Na sali gimnastycznej gdzie mieliśmy swoje miejsce do spania zaczęły się podchody. Każdy chodzi zagaduje, okazuje się że nikt nie jest w dobrej formie, tego boli, tego strzyka, a ten dla odmiany od roku nie biega 🙂 Nauczony doświadczeniem wiem, że Ci co narzekają mają później mega moc.

Wreszcie nadchodzi godzina odprawy Hubert wydaje mapy. Na pierwszy rzut oka nawigacyjnie prosto, 21 punktów kontrolnych więc nie będziemy się nudzić. Trzeba przysiąść i zaplanować jakieś optymalne warianty przebiegu. Poniżej ja i mój kolega Piotrek Jaśkiewicz z którym wspólnie malujemy jak tu pobiec.

17392244_1844990509102652_200689125_n

Hubert dodatkowo opowiada o tym co na mapie się nie zgadza, odradza optymalny przebieg na 6 PK bo jest tam mega groźny pies którego właściciele nie chcą dodatkowo zamknąć na noc. Generalnie mało słuchamy raczej myślimy jak tu wystartować.

Umawiamy się że biegniemy w trójkę: ja, Piotrek Jaśkiewicz i najmocniejszy z nas Bartek Karabin, który na swoim koncie ma już Mistrzostwo Polski i wygrał zeszłorocznego RDS-a.  Zostało parę minut do startu, ostatnie dwa łyki coli i decyzja, czy biegnę w kurtce czy bez? Krótka analiza, organoleptycznie stwierdzam że kropi więc kurtka Inov-8 zostaje przypięta do plecaka. Jak się okazało później na polach padało mocniej i wiało i już po 1 PK miałem ją na plecach. Wtopa numer 1.

Odliczanie i start, do przodu wyrwał Mirek Baszczak, jak większość leci wariantem asfaltowym my decydujemy się skręcić w prawo w drogę gruntową i nabiegać na punkt z linii energetycznej. Jak się okazało widoczność w nocy i w deszczu była tak słaba że ledwo znaleźliśmy ambonę na której był punkt. Ostatecznie jesteśmy liderami na starcie, jest dobrze. Dalej prosty wariant na 2 i znowu pierwsi. Choć po nawrocie widzimy czołówki więc decydujemy się na wariant za przez pola żeby nas nie widzieli. Tempo niezłe, pierwsze 10 km w niecałe 55 minut co jak na tak długi bieg jest raczej szybko.

PK 1 PK 3 i 4

Do trójki gnamy wariantem przez pola i ktoś zaczyna nas doganiać, widać że mocny  zawodnik. Po drodze nadziewamy się na młodnik którego nie ma na mapie i zaczyna się komplikacja, Ostatecznie podbijamy punkt dość szybko ale na przebiegu do 4 PK dogania nas nie kto inny jak faworyt, multimedalista Michał Jędroszkowiak, niesamowicie mocny gość. Chwilę biegniemy w 4 osoby napotykamy po drodze zamknięte gospodarstwo. Na szczęście jest z tyłu otwierana brama, więc chyc lecimy przez podwórko do drogi. Pies ujada, jest wesoło. Furtka od asfaltu zamknięta i nie pozostaje nic innego jak przeskoczyć przez bramę. Lecimy dalej, Michał zaczyna nas odstawiać, my robimy swoje.

Na 4 PK pierwsza wtopa nawigacyjna. Pole porośnięte trzciną, widzimy czeszącego krzaki Michała, wydaje nam się że szuka za daleko na północ (i tak było) przechodzimy przez rzeczkę w przewężeniu nie zauważając jej nawet i zaczynamy szukać w złym miejscu. Szybka decyzja wracamy na południe rzeczka musi tam być. I tadam jest szeroka na metr. Szybka analiza idziemy w prawo i za chwilę jest PK. Niestety Michał już go podbił a od wschodu nadciągają dwie czołówki. Niedobrze.

Przez pole idziemy do drogi, jest grząsko i są wysokie krzaki czas coś przekąsić, kolejny żel od HIGH5 ląduje w brzuchu. Leje cholernie i przez chwilę przestoju zrobiło się zimno. Oczywiście w plecaku nie mam nic do ubrania, tylko folia NRC 🙂 Dwie czołówki nas doganiają i jest to Mirek Baszczak i Marcin Hippner. Chłopaki po wyjściu na asfalt odpalają rakiety w nogach i zaczynają nam odchodzić, spokojnie jeszcze daleko robimy swoje.

Kolejne punkty wchodzą jak w masło, groźnego psa nie było a przebiegi po asfalcie zaczynają być bolesne, Wszyscy mamy trailowe buty do biegania i czujemy klepanie asfaltu, osobiście założyłem prawie nowe buty Inov-8 X-talon 225 z dropem 4 mm i bez amortyzacji i czuję kołki wbijające się w śródstopie. Na szczęście nie biegam z pięty bo dopiero by bolało. Po drodze na 7 PK mijamy gościa który biegnie w przeciwnym kierunku, dziwne, bo kolejność punktów jest obowiązkowa. Jeśli zebrał 7 przed 6 zaoszczędził sporo km, jak nas wyprzedzi będziemy apelować.

Na przebiegu do 8 PK połykamy Marcina, którego najwyraźniej dopadły kłopoty żołądkowe i zaczynamy widzieć czołówkę Mirka. dodatkowo przestaje padać i zaczyna świtać. To kocham w ultra, świt, śpiew ptaków, we wsi słychać koguta. Super.

9 PK prosty triangul na szczycie pagórka, widać go z kilometra, ładujemy więc na szagę przez polę, w dole szczeka pies znaczy Mirek jest blisko. My robimy całkiem inny wariant niż zaplanowany po zachodniej stronie lasu wzdłuż strumienia po polu świeżo wyciętej wikliny, jest bosko.

9 i 10 PK PK 10 i 11,

Z 10 na 11 PK brniemy generalnie po błocie, każdego coś już boli trochę narzekamy 🙂 Cały czas patrzymy czy z tyłu jest czysto. Po wyjściu na pole widzimy Mirka jak podbija 11 PK i zaczyna uciekać, mamy jakieś 700 metrów straty. I nagle niespodzianka, jak zbliżamy się do punktu z krzaków ktoś się wyłania. W głowie pytania: jak to możliwe żeby nas dogonił? skąd się wziął, jakim wariantem? I co okazuje się że jest to Michał Jedroszkowiak, który tego punktu szuka już godzinę a my myśleliśmy że jest daleko z przodu. Jego irytacja (łagodne słowo) jest na wysokim poziomie, chwilę leci z nami, a my zyskujemy parę punktów do optymizmu. Całe podium w zaledwie 700 metrach po 55 km napierania, jest nadzieja.

Michał chwilę pogadał i poszedł jak przecinak, dla nas tempo poniżej 5 min/km na tym etapie nie jest pożądane. Generalnie napieramy dalej i na kolejnym PK znów spotykamy Michała który szuka lampionu, jak się okazało ktoś go ukradł. Kolejne przeloty proste, po polach w górę i w dół. Na przebiegu na 15 PK w miejscowości Jeżowe pod sklepem spotykamy Mirka, który z nami ciągnie aż do punktu. Widać że osłabł i potrzebuje towarzystwa. Na wariancie na 17 PK się rozdzielamy a przed punktem mamy do niego 100 metrów straty. Trochę czasu straciliśmy umyślnie, bo każdy z nas chciał pomoczyć łydki, a Bartek nawet uda w napotkanym strumyku. Ale ulga 🙂

Zaczynamy spotykać ludzi z trasy 50 km, którzy wystartowali o 9.00 rano. Tempo nam siada, nie jesteśmy w stanie biec ciągiem, zaczyna się Galloway. Dodatkowo staramy się omijać szybkie asfalty, bo stopy wołają o ketonal. Końcówka na szczęście jest po lasach, a punkty są bardziej zagęszczone. Zaczyna się walka z czasem, planem przed przyjazdem było złamać 13 godzin.

finish

Z 21 PK wykrzesaliśmy z siebie ostatki sił i przelecieliśmy ostatnie 3 km po asfalcie, czułem się jakbym chodził po rozpalonych węglach. Na metę wpadamy razem, czas 12:56 i 3 miejsce w MP 🙂 Straciliśmy 38 minut do Mistrza Michała a tylko 14 minut do Mirka. Brawo My.

A tak wygląda ekipa po 100 km biegu:

17361214_1844990225769347_2017790221_n 17409480_1844990245769345_652548887_n

Chłopaki, wielkie dzięki za spędzone razem 13 godzin i wspólną walkę, Hubert twoja impreza jest zawsze najlepsza 🙂 Gratulacje dla Michała i Mirka, którym nie daliśmy rady ale walka była super. Gratulacje dla wszystkich, którzy ukończyli trasę, jak wyjeżdżałem do domu było to tylko 9 osób a reszta walczyła.

A tak wyglądało podium tegorocznych MP – fajne chłopaki, co nie 🙂 I Nasza statuetka, bo Hubert musi dorobić jeszcze dwie sztuki.

17361350_1844990172436019_2087677279_n IMG_20170319_094941_942

A jak komuś się nudzi to wrzucam całą mapę, jakość jaka taka ale pamiętajcie, że całą noc padało i mogła się lekko rozmoczyć.

DSC_1544

Zabiegana Łódź nasze nowe dziecko :)

Czołem Zabiegani!

W dniu wczorajszym w Parku Baden-Powella o godzinie 18.00 zainaugurowaliśmy cykl biegów „Zabiegana Łódź„.

Ale o co chodzi?

Wymyślony przez Nas cykl ma złamać konwencję weekendowych startów, która niejako zagościła w biegowym kalendarzu Łodzi. Po pierwsze ma być to coś na rodzaj pucharu, gdzie odbędzie się 6 edycji a każda z nich będzie mieścić się w innym łódzkim parku. Ta koncepcja ma stanowić również walor poznawczy topografii miasta.

Każda kolejna edycja będzie się odbywać w drugą środę miesiąca o godzinie 18.00 a z upływem czasu długość biegów będzie ulegała stopniowemu wydłużeniu.

Oprócz biegu głównego organizujemy bieg towarzyszący, któremu ma w naszym zamyśle towarzyszyć dodatkowo jakiś szczytny cel.

W pierwszej edycji biegliśmy pod hasłem „Alimenty – płacę bo dbam, płacę bo kocham” a współorganizatorem biegu były dziewczyny ze Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci” i Łódzka Izba Komornicza.

Co trzeba zrobić aby wygrać puchar?

Trzeba pobiec co najmniej 4 z 6 biegów głównych i mieć najniższą sumę poszczególnych miejsc. Proste?

Dla kogo jest Zabiegana Łódź?

Bieg ma na celu przygotowanie do Półmaratonu w Łodzi, który 10.09.2017 zagości na łódzkich ulicach 🙂 Stąd też idea stopniowego zwiększania dystansu i możliwości biegania dodatkowo biegów towarzyszących.

Po drugie nasz cykl kierujemy do osób, które w weekendy mają zaplanowane ciężkie i długie jednostki treningowe, przez co nie mogą się pościgać na krótszych dystansach. Sami na to cierpimy i wzięło się to z naszej wewnętrznej potrzeby. Czy nie stanęliście przed dylematem: pobiec zawody czy zrobił długie wybieganie w niedzielę? No właśnie.

Po trzecie tworzymy Zabieganą Łódż dla osób „zabieganych” w naszym mniemaniu dla ludzi, którzy dużo pracują a dla rozluźnienia w połowie tygodnia pobiegną szybkie zawody żeby organizm nie zapomniał co znaczy wejść na obroty 🙂

Co się wydarzyło 08 marca?

Frekwencja pierwszej edycji przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Mieliśmy sporo pozytywnych komentarzy ale zdarzyła się też fala hejtu dotycząca tematyki biegu towarzyszącego. Cieszymy się jednak że dla większości ludzi uchylanie się od płacenia alimentów nie jest postawą społecznie akceptowalną. Daliście temu wyraz Wy, ponieważ na biegu towarzyszącym frekwencja była wyższa niż na biegu głównym. Dziękujemy w imieniu swoim i w imieniu dzieci dla których biegliście!

Trasa składała się z dwóch 1,5-kilometrowych pętli i  przebiegała po ścieżkach w Parku Baden-Powella znanych z innych biegów. Oczywiście nie mogło zabraknąć podbiegów pod słynną górkę saneczkową. Pogoda również sprzyjała zawodnikom, w środę otworzyło się okienko pogodowe i nie padał paskudnie zimny deszcz.

Rywalizacja była bardzo mocna wśród mężczyzn najszybszy był Kamil Skrzypczak przed Aleksandrem Lisowskim i Dariuszem Niewiadomskim a wśród Pań bezkonkurencyjna była Natalia Wróbel (dziecko naszego projektu Uczę się biegać z Jagodą – duma) przed Mają Skowrońską i Katarzyną Dybowską.  Wszystkim serdecznie gratulujemy i liczymy, że powalczycie w kolejnych edycjach.

link do pełnych wyników

Co dalej?

Już niebawem startujemy z zapisami na drugi bieg z cyklu, który odbędzie się w Parku na Zdrowiu oczywiście w środę 12 kwietnia. Może to być fajne przetarcie przed DOZ-em.

Zapisy i regulamin cyklu dostępne na http://time4s.pl/zapisy.html a wiele informacji i szczegóły nadchodzącego biegu znajdziecie na Fanpage’u Zabieganej Łodzi.

 

Długa historia rodziny X-talona

Markę Inov-8 (czyt.  Inowejt) poznałem wiele lat temu. Gdy kumpel namówił mnie na pierwszego Harpagana, którego z racji warunków pogodowych pamiętam do dziś, zobaczyłem tam pierwszy raz gwiazdy polskich maratonów na orientację. A wszyscy jak malowani ubrani w koszulki Inov-8 a na stopach mega agresywne buty do biegania z wielkimi kolcami 🙂 Coś jak nowoczesne korkotrampki ze szkoły podstawowej. Dla posiadacza Asicsów Trabuco, które wydawały mi się agresywne te buty wyglądały kosmicznie. Jak pogadałem z mądrzejszymi kolegami dowiedziałem się co to jest Inovejt i że biegają w nich tylko kozaki. I tak zamarzyłem o swojej pierwszej parze własnych Inovejtów.  Co prawda nabyłem drogą kupna bardzo dobre i bardzo przeze mnie lubiane buty trailowe Inov-8 trailroc 245, ale to nie było to.

Po udziale w Funex Orient 2014 powiedziałem sobie dość, ostatni raz ślizgam się na liściach, błocie i innym syfie. Po powrocie szukam (oczywiście w dobrej cenie) i kupuję w necie piękne X-talony 212. Oczywiście żeby je przymierzyć w Łodzi zero szans, więc zaczęły się pomiary stopy, wkładki itp. Zamówienie, płatność i nim się obejrzałem są, po otwarciu pudełka piękne szaro-żółte i do tego nieśmiale szczerzą swoje równe ząbki.

inov-8 x-talon 212

Popatrzyliśmy na siebie ale ponieważ to nie była kolacja przy świecach czas było przejść do czynów i się bliżej poznać 🙂 Pierwsze odczucie po założeniu na stopę? Buty bardzo lekkie, mimo że miałem do czynienia z Minimusami od NB to Inovejta prawie nie czuć. Do tego precyzyjnie oplata stopę niczym druga skóra.

Skoro od początku nam się układa wyruszyliśmy razem w błotnisty, zimowy las. Tego nie grali wcześniej, takiej trakcji, czucia podłoża i niesamowitej giętkości podeszwy nie zaznałem nigdy wcześnie. Wtedy wiedziałem, że trudno będzie nam się rozstać.

Moja pierwsza para X-talonów 212 przebiegła 3.500 km i jak widać na zdjęciach ma się jeszcze dobrze. Co prawda zęby już nie te, cholewka jakby luźniejsza ale czasami jeszcze się do siebie zbliżymy. Mam mega sentyment do tej pary butów.

Kolejne moje X-talony 212 to zakup bez historii. Model chyba 2014 kupiłem specjalnie na Gwinta 100 mil w 2015 roku. Oczywiście kupione w necie. Niestety to nie był już ten sam but. Mimo że wizualnie podobny, to nijak nie chciał współpracować z moją stopą. Jest węższy i sztywniejszy. W efekcie Gwinta pobiegłem w starej, styranej parze a nowe czekały na drugą szansę. Po prostu nie przypadliśmy sobie do gustu. Pobiegamy razem od czasu do czasu, ale nic dłuższego, do 30 km maks. W efekcie mam buty z przebiegiem ponad 1000 km a wyglądają jak nowe.

buty inov-8

Teraz jak sprzedaje te buty w CrossRunShop-ie to wiem, że u wielu ludzi wrażenie jest odmienne, X-talony 212 w węższej wersji pasują im jak ulał i zakochują się bez opamiętania. Niestety nie ja 🙁

Wobec takiego obrotu sprawy nadszedł czas na nowe. W związku z moją pracą nad zbliżeniem się do biegania naturalnego stwierdziłem że zejdę z dropu do 3 mm i spróbuję X-talona 200. Nie dość że lekko szerszy, to jeszcze bardziej filigranowy 🙂 I znów to samo, but jakby z nogi zdjęty, od razu można wybiec na szerokie pola. Przez ostatnie dwa lata zabiegałem dwie pary tego modelu. Wrażenia fantastyczne. Mimo tego, że ostatnia partia miała wadę konstrukcyjną która przejawiała się pękaniem cholewki na styku z otokiem nabiegałem w tych butach ponad 3.000 km. Jak widać zęby już prawie wypadły, po zewnętrznej stronie to bardziej startówki niż trail ale nadal jesteśmy razem. Jest to teraz mój but na szorstkie wybiegania.

x-talon 200

Nowy model A.D. 2017 jest poprawiony pod względem konstrukcyjnym i powinien wytrzymywać dużo więcej niż ubiegłoroczna edycja. Polecam dla wszystkich tych, co szukają minimalizmu i mega trakcji, a przy okazji mają szeroką stopę i 212 im nie podchodzi. Niebawem pojawi się w CrossRunShop-ie.

Z uwagi na pękająca cholewkę 200-ki zacząłem szukać godnego następcy. Chłopaki z Inova polecili X-talona 225, niby ciut cięższy ale za to drop 4 mm. I do tego cholernie ładny but. Krwisto-czerwony, a czerwone podobno są najszybsze :P. Przymierzyłem i olśnienie, znowu zakrzyknąłem „mój Ci on”! Miękki, dopasowany i leciutki. Fantastycznie! Tego szukałem, to połączenie trwałości 212-ki z lekkością i niskim dropem rodem z modelu 200. Co prawda nabiegałem w nich dopiero coś koło 300 km, w tym zimowy Trail Kamieńsk 30 km ale te buty od nowości ani razu nie uszkodziły mi stopy. Biegam w nich tylko długie crossy, a mimo to nic. Super but.

inov-8 x-talon 225

Podsumowując rodzina X-talonów to buty na wymagający teren. Bieżnik od lat w tej samej konstrukcji daje mega trakcję. Na ostatniej Łemkowynie 150 miałem problem tak naprawdę w dwóch miejscach na trasie gdzie nogi mi się rozjechały. Jak patrzyłem na filmiki w necie to nagrana jazda figurowa nie była moim udziałem. Do tego jak dbamy, żeby zęby nie miały kontaktu z asfaltem czy pumeksem z Teneryfy to podeszwa spokojnie wytrzyma 3.000 km.

Cholewka wykonana z nylonu, pokryta DWR-em jest odporna na krzaki, gałęzie itp. Poza wpadką konstrukcyjną w 200-ce (która moim zdaniem wynika ze zbyt mocno zgrzanego gumowego otoka przez co naruszona została integralność materiału) również ten element jest prawie niezniszczalny. Trzeba jeszcze postawić pytanie czy jeśli cholewka pęknie po 1.500 km to wstyd? Są przecież Salomony dla których 1.000 km to szczyt marzeń.

Dla kogo jest X-talon? Dla osób lubiących pewność prowadzenia buta w terenie, chcących wiedzieć ze nie zjadą na 4 literach. Śliski  trawers, jesienne liście  czy błotnisty szlak to dla nich środowisko naturalne. Są to buty dla biegaczy którzy mają w miarę mocne łydki, bo dropu w tych butach nie za wiele. Od razu mówię nie wszystkie modele są dla każdego. Polecam mierzyć, pytać i nie kupować oczami. Ale na pewno każdy z Was znajdzie swojego czarnego konia w tej stajni.

[EDIT]

Nie mogłem sobie darować i musiałem dopisać dwa słowa o mojej nowej miłości. A na imię jej Inov-8 Mudclaw 300.

Jako sprzedawca i miłośnik marki Inov-8 nie byłem przekonany do tego buta, wydawał mi się jakiś taki twardy, mało elastyczny. Dziwiłem się nawet jak kilku ścigantów mówiło, że to ich ulubiony model. Taki klocek sobie myślałem.

Aż do dnia gdy pojawił się Tomek z setem testowym Inov-8, a wśród nich Mudclaw w moim rozmiarze. But miał już trochę przebiegu, zęby lekko przytarte ale cholewka w nienagannym stanie. I jak tu nie skorzystać z takiej okazji?

Wziąłem sobie na próbę na szybką 15-kę, wybierałem szczególnie syfiasty teren, biegałem po kamieniach, po plantacji szyszek sosnowych. I co? Byłem zachwycony. W tym samym bucie, zanim nabyłem drogą kupna swoje własne śmignąłem szybkie 50 km po kamienistych Karkonoszach, po raz wtóry potwierdziły, ze leżą jak złoto.

Więc mam i ja 🙂

DSC_0664

Czemu wkładam buta spoza rodziny do tego wpisu? Ano temu, że mimo że inaczej się nazywa i jego naturalnym otoczeniem jest błoto, to nie można mu odmówić wspólnego mianownika z talonami. Jest mega mocnym i wytrzymałym butem.

Co go różni? W mojej ocenie lepiej izoluje stopę od wrażeń płynących z podłoża, dzięki czemu jest butem który nada się w zróżnicowany teren. Jak nie wiesz co na Ciebie czeka, czy błoto, czy kamienie weź ze sobą Mudclawa.

Pozostaje mi jeszcze odszczekać mój głupi pogląd, że ten but jest toporny. Nie nie jest to twardziel ale ma dynamit. Szykuję go na kilka najbliższych startów, a na Łemko na pewno będzie ze mną 🙂

Z pozdrowieniami Pedro.

P.S. Mam nadzieję że byłem pomocny, jeśli tak łapka w górę, skomentujcie czy podajcie dalej 🙂 Dzięki.

Wakacyjny test żeli by Pedro

Każdy z Nas zastanawiał się, czy i które żele energetyczne zabrać ze sobą na zawody. Czy nie nurtowały was pytania czy mi nie zaszkodzi, czy nie będę odwiedzał krzaczków albo szukał Toy-Toya? A w końcu, czy odżywianie nie popsuło Wam startu, do którego trenowaliście długi czas?

Ja sam mam dość wrażliwy żołądek i miałem na tym polu kilka spektakularnych wpadek. Stąd powstała w mojej głowie koncepcja przetestowania w boju żeli energetycznych najpopularniejszych na naszym rynku. A że wakacje są do tego najlepszym okresem nie trzeba nikogo przekonywać. Test przeprowadzony w trakcie długich wybiegań, rano zamiast śniadania, czy też popołudniu w trakcie intensywnych treningów.
Test ma charakter subiektywny, aczkolwiek wpływ na punktacje będą miały również elementy całkowicie obiektywne.
Przetestowałem żele w 5 kategoriach w skali od 1 do 6, gdzie 6 jest wartością pożądaną i oznacza pierwsze miejsce w kategorii

Elementy obiektywne jak cena czy wartość energetyczna odniesione zostały do wartości energetycznej żelu, bo w moim przekonaniu jest to najistotniejszy element tej zabawy. Suma punktów we wszystkich kategoriach decyduje o kolejności na liście.

1/5 Wartość energetyczna.
Nie odkryję Ameryki twierdząc, że w żelu energetycznym chodzi o przyswojenie jak największej ilości energii z jak najmniejszej porcji na dodatek w jak najszybszym czasie. To banał ale tak jest.
Obiektywnie najbardziej nasyconym jest żel Honey Stinger, który w 100g żelu ma aż 313 kcal. Zapewne wynika to z faktu użycia do produkcji miodu, który dostarcza naturalnej porcji energii. Tuż za nim jest mało popularny w Polsce Clif ze swoimi 301 kcal.
Na szarym końcu jeśli chodzi o wartość bezwzględną jest Dextro Energy z wartością 189 kcal w 100g.  Zapewne na obronę wskazuje fakt, iż intencją producenta było rozwodnienie żelu aby był łatwiej przyswajalny, ale czy to się udało opowiem w innym miejscu.

2/5 Smak
W tym momencie obiektywne kryteria idą w niepamięć, a górę biorą indywidualne upodobania.
Moim numerem jeden jest HIGH5 Energy Gel, który występuję w kilku smakach. Ulubiony to banan, a kolejne to owoce lata i smak cytrusowy. Smak tych żeli to efekt użycia naturalnych składników w tym soków owocowych. Poza tym duża zaleta jest to, iż nie wymagają popijania.
Niewiele za liderem jest Honey Stinger, który dzięki dodatkowi miodu smakuje wyśmienicie. Próbowałem wersji „only miód” jak i smaku waniliowego, oba są dobre.
Squezzy w moim przekonaniu ma lekko chemiczny posmak i jest dla mnie zdecydowanie za słodki. Jako perełkę można wyróżnić smak pomidorowy, który w bieganiu ultra może stanowić przyjemną odmianę.
Kolej na Ale Gel, które smaków ma co nie miara. Dla mnie ok są zielone jabłko i cytrynowy, jednak zostawiają po sobie dziwny posmak. Ogólnie środek stawki – raczej przeciętne.
Zaskoczył mnie Clif gel. Wcześniej miałem do czynienia z ich batonami i są mega dobre. Smak żelu mogę określić jako przeciętny i ciężki – cokolwiek to nie znaczy. Mogę go postawić na równi z Ale, choć nie ma tego posmaku chemii.
Na koniec Dextro Energy, niestety. Smak przypomina musujące tabletki z Lidla, serio. Nie ma w nim nic o czym byłoby sens pisać.

3/5 Cena
Dla ustalenia kolejności rankingowej w tej kategorii przyjąłem kryterium liczby kcal za 1 PLN.
To porównanie jest najuczciwsze, choć mogą się pojawić różnice z uwagi na ceny przyjęte w teście. Wybierałem ceny średnie dostępne w sklepach internetowych.
Na czele Honey Stinger,  gdzie za 1 PLN mamy blisko 42 kcal,  tuż za nim Squezy z wynikiem 40 kcal, a ostatni Dextro Energy – tylko 24 kcal za 1 PLN.

4/5 Przyjazność dla żołądka.
Najbardziej „moja” cześć testu, z racji faktu że mój żołądek jest mocno wybredny i nie raz sprawił mi psikusa na zawodach.
Tu podium mamy mocne: na pierwszym miejscu HIGH5 Energy Gel, które mogę jeść bez końca i nie mam żadnych atrakcji. W konsystencji płynny, jak nie chcę to nie muszę popijać, słowem super. Tuż za HIGH5 plasują się exequo Squezzy i Honey Stinger. Oba dość gęste, miodek najbardziej z całego testu, oba dość słodkie i oba wymagają popijania. Mimo użycia kilku pod rząd efektów ubocznych brak.
Zaraz za podium znajdziecie Clif Shot po użyciu którego dolegliwości nie miałem, ale uczucie ciężkości towarzyszyło mi przez dalszą część treningu.
Ale Gel to całkiem inna bajka. Te żele toleruje w użyciu do dwóch sztuk w jednym treningu. Później zaczynają się kłopoty. Jak ktoś szuka żeli na wybiegania do 30 km to się nadają, na ultra nie polecam bo może się to skończyć w krzakach.
Co do Dextro Energy nie sposób powiedzieć że mi zaszkodził, bo kłopotów fizjologicznych po nim nie miałem. Ale zgaga i metaliczny posmak w ustach towarzyszyły mi przez kolejne kilometry.

5/5 Szybkość działania
Część subiektywna, bo żele testowane były w różnych warunkach. Jednak zjadłem już tego trochę w życiu i wydaje mi się że w miarę potrafię ocenić, czy działa szybko, czy nie.
W tym miejscu mam trzech liderów, których postawiłbym na pierwszym stopniu podium: HIGH5 Energy Gel, Squezzy Energy Gel i Clif Shot. Wszystkie „wchodzą” bardzo szybko, a zastrzyk energii jest zauważalny.
Zaraz za nimi plasują się Dextro Energy Liquid Gel i Ale Gel, po których zastrzyk energii jest zauważalny ale jakby mniej.
Całkowicie poza kategorią jest Honey Stinger. U mnie przyswajał się najdłużej, co daje mu ostatnią pozycję – bo takie są założenia testu. Ale nie można pominąć faktu, że efekt działania utrzymywał się też najdłużej, co nie jest bez znaczenia przy doborze strategii odżywiania.

Podsumowanie.

Szanowni Państwo, and the winner is: HIGH5 Energy Gel oraz Squeezy Energy Gel, które zgromadziły łącznie po 24 punkty na 30 możliwych.

HIGH5 Energy Gel to produkt stosunkowo nowy na polskim rynku, w dystrybucji od tego roku. Jednak na rynku brytyjskim, skąd wywodzi się marka HIG5, jest to lider suplementacji dla biegaczy, kolarzy i triathlonistów. Stąd miło widzieć HIGH5 Energy Gel na pierwszym miejscu 🙂

energygel_product

Squeezy Energy Gel to produkt dostępny już długo na polskim rynku, wiele osób zna wiele osób korzysta więc nie dziwi mnie jego pozycja.

squezy

Ostatnie miejsce na pudle dla Honey Stinger Organic Energy Gel z 23 punktami, brakło niewiele aby być na szczycie. Duże znaczenie miała szybkość działania która znacząco obniżyła punktację. Ale warty rozważenia żel energetyczny dla ultrasów, w momencie gdy nie liczy się szybkość a długość uwalniania się energii. Brawo.

honey

Tuż za podium Clif Shot z 20 punktami produkt który w Polsce nie ma swojego dystrybutora, choć jest do kupienia w kilku sklepach internetowych. Osobiście jestem zaskoczony na minus,  bo batony marki Clif są bardzo dobre i liczyłem że ich brat żel znajdzie się na podium.

clif bar

Przedostatnie miejsce zajmuje Ale Gel z punktacją 12/30 możliwych do zdobycia. Produkty Ale dobrze się sprzedają z uwagi na duża promocję ze strony producenta, jak i dobry stosunek wielkości porcji do ceny. Jak pokazał niniejszy test nie jest to niewątpliwie lider rynku jeśli chodzi o natomiast jego wartość dla sportowca. Można ich używać do umiarkowanego wysiłku, na ultra nie polecam.  Duży plus to są dostępne wszędzie, nawet w aptekach, więc jak zapomnicie o żelu energetycznym na zawody to zawsze można na szybko uzupełnić zapasy.

strawbanana_front

I outsajder mojego testu Dextro Energy Liquid Gel z jedynie 8 punktami. Nie bardzo rozumiem koncepcję tego żelu, niby ma być płynny ale bez popicia się nie da go używać z uwagi na smak.

dextro

Mam świadomość, że są jeszcze inne żele energetyczne które mógłbym przetestować, ale niestety musiałem ograniczyć próbę z uwagi na fakt, iż w trakcie zawodów testów nie chcę robić. W najbliższym czasie będę wydłużał swoje treningi, więc może wrzucę na tapetę jeszcze inne produkty, np. z Decathlonu i zrobimy drugą część testu.

Jak wam się podobał test? Przyda się?

Nie ukrywam że mam lekką tremę, bo to jest pierwszy test którego się podjąłem i mam nadzieję, że się spodoba. Będę zobowiązany za lajki, komentarze, udostępnienia, wszystko co Wam przyjdzie do głowy. Jak są jakieś elementy o których nie napisałem, a Wam się wydają istotne będę zobowiązany za info.

Wszystkiego dobrego i miłego biegania.

Pedro

P.s. zapomniałbym o tabelce z wynikami testu 🙂

wzniki testu

Łemkowyna 2016-150 km „czyli wszystko co chcielibyście wiedzieć o błocie a boicie się zapytać”

To nie będzie zwykła relacja kilometr po kilometrze, podejście po podejściu, czy zbieg po zbiegu. Ja ŁUT-a 150 anno domini 2016 pamiętam trochę inaczej. Jest to zlepek moich własnych odczuć, refleksji i demonów, którymi chcę się z Wami podzielić.
Początek jak to początek lekko nudny. O tym co nas czeka na trasie można się było domyślać z przecieków czy zdjęć widocznych na facebooku, pogoda w Krynicy po przyjeździe też nie witała otwartymi ramionami. Generalnie zimno i mokro, a ja o dziwo taką pogodę lubię. Nie wiem czy zapewnienia na odprawie, że błota jest mniej niż rok temu bo we wrześniu nie padało miały na celu podnieść nas na duchu. Ja trochę organizatorom uwierzyłem i chyba liczyłem na cud. Continue reading

Michał Olejnik o podstawach treningu

Niewielu jest takich, którzy mogą biegać zawodowo.

Jednym z takich szczęściarzy jest Michał Olejnik z WKS Grunwald PoznańInov-8 team, który opowiada nam dziś o podstawach treningu, swojej pasji do biegania, oraz.:

  • jak rozpoczęła się jego przygoda z bieganiem,
  • jaki sport w dzieciństwie najbardziej go interesował,
  • dlaczego uważam, że bieganie nie tylko na bieganiu polega,
  • jak wiele km robił ostatnio przygotowując się do Mistrzostw Świata w biegu na orientacjeWOC2016,
  • co pomaga mu wrócić szybko do dyspozycji po mocnym treningu,
  • kiedy rozgrzewka, a kiedy można z niej zrezygnować,
  • dlaczego rozciąganie to istotny element każdego treningu,
  • jak szybko biega 5 i 10km

Zapraszamy do obejrzenia naszego wywiadu: https://www.facebook.com/crossrunshop/videos/1067372046679280/ Continue reading

Uczę się biegać z Jagodą

„Uczę się bieganić z Jagodą” to nazwa projektu Crossrunshop – Bieganie, Crossfit, który na początku lipca uruchamialiśmy z Pan Jagoda i Fizjo Biega. Do współpracy zaprosiliśmy 17 śmiałków, którzy wzięli udział w naszej rekrutacji.

CEL PROJEKTU
– poprawa techniki biegu
– zdrowe bieganie bez kontuzji
– jeszcze większa przyjemność z biegania

Continue reading

THORN FIT dostawa

Zwiększania mobilności ciąg dalszy.
Aby zapewnić Wam kompletność narzędzi do zwiększania mobilności, oprócz rollerów Blackrolla, sprowadziliśmy różne piłki Lacrosse marki Thorn Fit.
Piłki są wykonane z gumy. Wśród nich znajdziecie piłki pojedyncze – średnia i twarda dla masochistów oraz duoballe niezbędne do właściwego masażu mięśni kręgosłupa.
Aby zwiększyć wytrzymałość waszych łydek uzupełniliśmy magazyn o mega szybkie skakanki. Są tak szybkie, że sam omal się nie zabiłemtestując je dzisiaj w sklepie 🙂 Jedna jest już w mojej torbie.

Zapraszamy do sklepu stacjonarnego w Łodzi przy Więckowskiego 80 i na stronę:
http://crossrunshop.pl/25_thorn-fit

« Older posts

© 2017

Theme by Anders NorenUp ↑